Miałam jakieś siedem czy osiem lat, gdy rodzice spełnili moje wielkie marzenie i na gwiazdkę podarowali mi Tamagotchi. To były czasy, gdy taki gadżet stanowił nie tylko największy szpan wśród dzieci, ale był też niezwykłym osiągnięciem technologicznym dostępnym dla mas. 

Pamiętam, jak biło mi serce, gdy po raz pierwszy zobaczyłam swojego cyfrowego pupila. Czułam się jakbym naprawdę dostała psa. Rozpierało mnie szczęście i ekscytacja. Miałam ochotę skakać i nieustannie tulić mojego nowego przyjaciela. 

Nie wiedziałam jednak jak odpowiednio obsługiwać zabawkę i biedny zwierzak zdechł po dwóch dniach. 

Płakałam okrutnie i czułam się okropnie. Przeżywałam to tak długo i tak mocno, że mama, zatroskana o moje zdrowie psychiczne, chciała mi nawet zabrać to niewinne urządzonko. Chyba nie mogła zrozumieć, dlaczego moje emocje są tak prawdziwe i intensywne. Ona wiedziała przecież, że to tylko iluzja i kilka pikseli poruszających się po ekranie. Ja – choć teoretycznie też miałam tę świadomość – traktowałam tych kilka pikseli śmiertelnie poważnie.

Blisko trzydzieści lat później siedzę na kanapie z moją przyjaciółką i słucham, jak opowiada o tym, czym jest rzeczywistość, w której żyjemy. Zawsze zgrabnie porównuje to do gry komputerowej, w której wybierasz postać oraz trasę, po czym ruszasz na spotkanie przygodzie.

Podczas grania tak wkręcasz się jednak w to, czego doświadcza Twój bohater, że przeżywasz wszystko, jakby to naprawdę spotkało Ciebie. Zapominasz, że nie jesteś postacią z gry. Jesteś graczem.

Pytanie brzmi więc, kim jest ten gracz? Czy to dusza? Czy to jakaś boska materia? Kim jestem tak naprawdę?

Różnie przebiega proces poznawania swojej prawdziwej istoty. Często warstwa po warstwie zdejmujemy z siebie definicje, które nas opisują. I gdy ściągniemy już wszystkie z nich, zostaje tylko czysta świadomość. 

Tym właśnie jesteśmy – nieskończoną świadomością, która nieustannie doświadcza. Jesteśmy czystą świadomością, która po raz kolejny wybiera “postać w grze”, by przeżyć coś nowego. 

To właśnie dzięki tej postaci możemy mieć własne preferencje, możemy wymyślać, kreować i poznawać siebie. Możemy się sobie przyglądać. Możemy się w sobie wciąż na nowo zakochać.

Gdy ktoś pyta, kim jesteś, można by więc pominąć wszystkie dane personalne i kurtuazyjne informacje o wykonywanym zawodzie. Gdy ktoś pyta, kim jesteś, prawdziwa odpowiedź brzmi: jestem wszechświatem, który zakochuje się w sobie. Jestem wszechświatem, który ogląda sam siebie z nowej fascynującej perspektywy. Jestem manifestacją świadomości, która chce oglądać siebie poprzez tą niepowtarzalną istotę, w której się właśnie przejawia.

I choć przychodząc do tej rzeczywistości jesteśmy w pełni świadomi swojego wyboru, wiemy, dokąd zmierzamy i rozumiemy, że jesteśmy czymś o wiele większym niż postać, w którą się wcielamy, to w pewnym sensie chcemy o tym zapomnieć. Chcemy być jak ta mała dziewczynka, która uwierzyła, że jej pies zdechł naprawdę, bo chcemy przeżywać emocje, chcemy czuć, chcemy cali zanurzać się w nowych doświadczeniach. Właśnie to jest sensem naszego pojawienia się tutaj.

Jesteśmy wszystkim, a jednocześnie chcemy doświadczać swojej indywidualności

Czasem, gdy się nad tym zastanawiam, na myśl przychodzą mi wakacje spędzane na Mazurach. Mój wujek miał motorówkę, za którą ciągnął śmiałków gotowych spróbować swoich sił na nartach wodnych. 

Zdarzało się, że pozował mi siedzieć obok na łódce, podczas takich szaleństw. Z ogromnym podziwem obserwowałam tych, którzy mieli odwagę pruć za nami, trzymając się tylko kawałka liny. 

Do dziś pamiętam jeden wniosek, który zawsze mi się wtedy nasuwał: żeby móc utrzymać się na wodzie i cieszyć tym wspaniałym sportem, trzeba stać stabilnie na obu nartach.

W życiu jest tak samo. Żeby w pełni się nim cieszyć trzeba łączyć ze sobą jego dnie esencje: to, co nazywamy materialną rzeczywistością i to, co jest czystą świadomością. Trzeba łączyć ze sobą gracza i postać z gry.

Gdy za bardzo zanurzamy się w rozważaniach na temat istoty rzeczy, sensu zdarzeń i ich znaczenia, warto przypomnieć sobie, że nie po to tu jesteśmy. Jesteśmy tu, by doświadczać życia i cieszyć się tym, co siebie na tę przygodę wybraliśmy.

A gdy jesteśmy tak bardzo zanurzeni w tym, co nazywamy rzeczywistością, że nie potrafimy nabrać do tego dystansu, warto przypomnieć sobie, że pies w Tamagotchi nigdy nie zdechł, bo nigdy nie istniał. Prawdziwe były tylko emocje. Całej reszty nie warto traktować zbyt poważnie. W końcu to tylko zabawa.