Jest wczesne sobotnie przedpołudnie. Wczoraj pożegnałam się z porannymi medytacjami Osho. Miałam nadzieję, że dziś będę odsypiać ostatnie tygodnie wstawania o nieludzkich godzinach, ale moje ciało najwyraźniej już się do tego przyzwyczaiło. Od piątej jestem na nogach.

Potrzebuję ochłonąć po tym ostatnim rollercoasterze. Na poziomie ducha czuję się, jakbym kiszoną kapustę popiła słodkim kakao. Całe to Osho totalnie przeczyściło mnie od środka.

Siedzę w kawiarnianym ogródku. Bardzo lubię to miejsce. Czasem mam wrażenie, że wiem o nim tylko ja i kilka pracujących w pobliżu osób. W weekendowe poranki jest tu prawie zupełnie pusto.

Wpatruję się w fontannę przede mną. Woda w niej i promienie słońca zachowują się jak dwa figlujące ze sobą szczeniaki. 

W uszach mam słuchawki i od blisko godziny wałkuję ten sam kawałek. “Skąd ten wir” Leskiego idealnie oddaje mój dzisiejszy nastrój. “Chciałbym uciec życiu z rąk, jak balon dziecku na wietrze” słyszę po raz kolejny i po raz kolejny stwierdzam, że właśnie tak mam ochotę zrobić. Bezmyślnie wkładam do ust kawałek czekoladowego ciastka.

Nagle w pobliżu fontanny pojawia się kilkuletnia dziewczynka. W rękach trzyma żółty balonik uwiązany na uroczej czerwonej wstążce. Alert. Prostuję się na krześle i uważnie obserwuję. 

Trochę to wszystko podejrzane. W końcu dałabym sobie głowę uciąć, że w pobliżu nie ma żadnej imprezy, na której rozdają baloniki. Poza tym, ten jest naprawdę oldschoolowy i nie podobny do typowych gadżetów reklamowych. 

Dziecko zaczyna tańczyć radośnie wokół tryskającej dookoła wody. I nagle staje się TO. Zrywa się wiatr i zabiera ze sobą uroczy żółty balonik. Obok zdezorientowanej dziewczynki momentalnie pojawia się tata. Palcem pokazuje podniebnego uciekiniera. Ten jest już wysoko ponad koronami drzew.

“Czy ktoś jeszcze też to widział?” zastanawiam się oszołomiona. Pospiesznie zerkam na parę starszych ludzi, którzy siedzą obok. Ewidentnie komentują całe zajście. “A więc nie przewidziało mi się! Nie oszalałam!”

Wieczorem opowiadam tę historię przyjaciółce. 

“Przeprosiłaś chociaż tą małą?” śmieje się. 

“Nie, ale uwierz mi, że przeszło mi to przez myśl. W każdym razie zmieniłam kawałek i postanowiłam przez jakiś czas nie zbliżać się do placów zabaw.” odpowiadam w żartach.

Doświadczenie synchroniczności zdarzeń zawsze robi wrażenie. Raz są to sytuacje bardziej subtelne, raz niezwykle dobitne jak ta z balonikiem. Często pytamy wtedy: jak to w ogóle możliwe? Jakim cudem właśnie wtedy gdy myślę, że chcę “wypaść życiu z rąk, jak balon dziecku na wietrze”, pojawia się dziecko, któremu niespodziewany podmuch wiatru zabiera ten balon? Dlaczego to dziecko w ogóle się tam pojawiło? 

Wiadomo już, że jest jedno proste równanie między tym, czym wibrujemy w danym momencie, a tym, czego doświadczamy. Dlaczego jednak czasem dowody na to są tak ewidentne, a czasem nie? Wszystko zależy od tego, czy mamy jakiekolwiek przeciwstawne myśli do tych wibracji.

Siedząc w kawiarnianym ogródku i słuchając Leskiego byłam jak zahipnotyzowana. Długotrwałe niewyspanie i odtwarzana w kółko piosenka sprawiły, że nie myślałam o niczym. Po prostu byłam. Po prostu obserwowałam. Słowa utworu, które ze mną tak rezonowały, dosłownie nadały kształt mojej najbliższej rzeczywistości.

Ludzie, którzy zaczynają doświadczać takich zdarzeń, najczęściej na początku zastanawiają się, czemu to nie działa w kwestii pieniędzy, leniwego męża, albo szefa dupka. Czemu, do jasnej cholery, tak łatwo jest wykreować sobie jakiś nic nie znaczący drobiazg, a tak trudno to na czym nam najbardziej zależy?

Prawda jest taka, że z poziomu energii nic nie jest “trudne” czy “łatwe”. Wszystko przychodzi tak samo szybko, jeżeli tylko sami temu nie zaprzeczamy.

Ale przecież wiadomo, że na pieniądze trzeba ciężko pracować, że swojego chłopa nie zmienisz, a szef od zawsze jest gnidą…

Gdy nastrajamy się na nową częstotliwość, to tak jakbyśmy wybierali nową stację w naszym radio. Gdy mamy zaprzeczające temu myśli, to tak jakbyśmy to radio totalnie wyciszyli. 

Nasze myśli, przekonania i dialogi wewnętrzne często zaprzeczają temu, czego pragniemy, a przez to nie pozwalają nam tego doświadczyć. W końcu nawet bardzo ostra muzyka nie będzie słyszana, gdy całkowicie wyłączymy dźwięk. 

Na szczęście nad myślami, dialogami wewnętrznymi i przekonaniami da się na wiele sposobów pracować. Można sprawić, by nie sabotowały naszych pragnień. Ale jest nawet łatwiejszy sposób, by temu zapobiegać. Praktykowanie uważności działa cuda. Bo tak jak zgiełk w nas wyłącza to, czego pragniemy “słuchać” w życiu, tak praktyka uważności wyłącza w nas ten zgiełk. Pytanie “skąd ten wir?” przestaje istnieć.