Siedzę nieco skulona na krześle i nerwowo siorbię mohito. Naprawdę chciałabym być teraz niewidzialna. Wokół toczy się zacięta dyskusja, a ja marzę tylko o tym, by nikt nie zadał mi pytania.

Restauracja, mino naprawdę później pory jest wypchana po brzegi. Nie ma się co dziwić, to bardzo modna knajpa. Znajomi Ł. urządzili tutaj przyjęcie urodzinowe dla niego. Teraz – po kilku piwach – z ogromnym wkładem emocjonalnym licytują się, kto walczy z większymi przeciwnościami losu. 

Jest w tych opowieściach wszystko, na co można w Polsce narzekać, a ja przy każdej kolejnej historii coraz bardziej wsuwam się pod stół. Może nie zauważą, gdy zniknę tam całkowicie.

“Najlepiej byłoby naprawdę rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady” podsumowuje jeden z mężczyzn. Reszta przytakuje mu z lekkimi uśmiechami. W końcu to tylko taki żart. 

“Marta, a co u ciebie?” dobiega mnie głos z drugiego krańca stołu. Na ułamek sekundy zamieram a w mojej głowie trwa kalkulowanie potencjalnych zysków i strat. Powiedzieć im to co chcą usłyszeć, czy odważyć się na prawdę? 

Od dawna mam przygotowaną gadkę, którą nazywam „wersją dla prasy”. Nikogo nie urazi, niczego nie podważa i przede wszystkim nie będzie w opozycji do przedmówców. Sęk w tym, że ta śpiewka to zaledwie jeden mały procent mojej rzeczywistości. 

Nie bez powodu jednak się jej trzymam. Jestem nad wyraz świadoma jej plusów. W końcu nic tak jak ona nie zapewnia mi świętego spokoju. Ludzie słyszą zazwyczaj tych kilka zdań, uznają to za mało znaczące informacje i błyskawicznie wracają do swoich spraw. Moja “wersja dla prasy” chroni mnie przed konfrontacją.

Tym razem – chyba za sprawą wypitych zbyt szybko drinków – włącza się we mnie zuchwalstwo i postanawiam wyznać prawdę. W końcu co złego może się wydarzyć? 

Odsuwam nieco szklankę, miękkim wzrokiem omiatam zebranych, po czym odzywam się głosem lekkim i pełnym zadowolenia.

„A ja w zasadzie od dawna żyję w takich swoich Bieszczadach” mówię. „Nie wyjechałam nigdzie i nie musiałam też niczego rzucać, by to osiągnąć. Żyję spokojnie i świadomie. Za niczym nie gonię, bo nie ma takiej potrzeby. Z łatwością kreuję sobie to, czego pragnę. Nie wdaję się w dyskusje i dramaty. Jestem bardzo szczęśliwa i mam wszystko to, do czego większość zawzięcie dąży, czyli prawdziwe szczęście na co dzień” kończę z łagodnym uśmiechem. 

Cisza jaka panuje wokół jest prawie nie do zniesienia. Wydawało mi się, że takie sceny rozgrywają się tylko na filmach, ale ta trwa naprawdę. Jedni wlepiają wzrok w blat stołu, skubiąc etykiety na butelkach po piwie, inni nerwowo wlewają w siebie trunek. Kilka par oczu patrzy na mnie bezmyślnie. 

Czekam. Już wiem, że przyjebałam na maksa, ale czekam. Cisza trwa kolejne sekundy, budząc we mnie coraz mniejszą trwogę i jednocześnie coraz większe rozbawienie. 

Wszyscy nadal milczą a ja zaczynam się po prostu śmiać. 

„Ale reakcja” rzucam wreszcie, bo zaczynam się już trochę nudzić. Opieram się na krześle i biorę duży łyk słodkiego mohito. 

„To dlatego, że chyba każdy z nas poważnie zaczął się teraz zastanawiać nad swoim życiem” przyznaje wreszcie jedna z kobiet. 

Za moment ktoś zgrabnie zmienia temat, jakby ta rozmowa nigdy nie miała miejsca.

Bardzo lubię tę historię, choć straciłam przez nią kontakt z dosłownie wszystkimi osobami, z którymi siedziałam wtedy przy stole. Ale nie to jest istotne. Nie ma nawet znaczenia, czy musiałbym znów mówić komuś “wersję dla prasy”. Z poziomu energii liczy się tylko to, że manifestujemy to, w co wierzymy i czego się spodziewamy po ludziach dookoła. Dlatego dziś nie zastanawiam się już, czy osoby z danego otoczenia mnie lubią, czy nie.

Dziś najważniejsze jest, czy ja lubię ludzi, którzy są wokół, bo to właśnie z tego miejsca będę kreować moje własne doświadczenia z ich udziałem.