Jest dżdżyste październikowe przedpołudnie. Z szyją schowaną skrzętnie w kołnierzu płaszcza idę pod wiatr. Krok mam smętny, lecz nie ma się co temu dziwić. Pracuję jako przedstawicielka handlowa i od dawna nie podpisałam żadnej umowy. Nie ma umowy – nie ma prowizji czyli mojego podstawowego źródła dochodu. 

W głębi duszy czuję, że tutejszy rynek jest już dawno wyciśnięty jak cytryna. Mój szef zapiera się wprawdzie, że będziesz dobrze i umawia dla mnie kolejne spotkania, ale oboje wiemy, że dobicie targu z tymi klientami jest mało prawdopodobne. To zupełnie nie nasz target. 

No ale idę pod ten cholerny wiatr, bo nie mam w zasięgu wzroku żadnych innych zawodowych perspektyw. 

„Nie powinno tak być” myślę sfrustrowana. „Chciałbym mieć prestiżową posadę i zarabiać porządne pieniądze. I chciałbym móc znowu często chodzić na zakupy. Podoba mi się tyle rzeczy, na które mnie nie stać…” 

Wiem już co nieco na temat Prawa Przyciągania i w przeszłości zmaterializowałam sobie to i owo. A gdyby więc tak wykreować nową robotę?

Wizualizowanie to jedyne co mogę zrobić w drodze na kolejne spotkanie, na którym prawdopodobnie i tak usłyszę “nie”. Skoro nie pozostaje mi nic innego, wyobrażam sobie jak wracam do domu z torbami pełnymi nowych sukienek. Czuję się dumna, bo jestem ważna, jestem kimś. I wiem, że spora sumka wpłynie pierwszego na moje konto. 

Kilka minut później kończę śnić na jawie. Docieram pod wskazany adres i muszę się skupić. 

Młoda recepcjonistka prowadzi mnie do sali konferencyjnej, w której za moment pojawia się szef wszystkich szefów. W pełnym skupieniu recytuję mu wykute na blachę formułki i mimo wewnętrznego zniechęcenia pozostaję profesjonalna.

Mój rozmówca siedzi w taki sposób, że jestem pewna, że przegrałam. Przygląda mi się jednak bardzo uważnie i pozwala, bym gadała te wszystkie sprzedażowe rzeczy. 

Przebiega mi przez głowę, że trochę to dziwne, skoro oboje wiemy, że on już dawno podjął decyzję. Dlaczego mi nie przerwie?… 

Próbuję w standardowy sposób zamknąć i tak spisaną na straty transakcję. Wtedy mężczyzna wreszcie się odzywa. 

„Będę z panią szczery. Nie chcę podpisać tej umowy” robi krótką pauzę. „Ale bardzo chcę Panią zatrudnić.” 

„Słucham?!” parskam nieco nazbyt głośno i nazbyt pretensjonalnie. 

Teraz to ja odchylam się do tyłu i krzyżuję ręce na piersiach. W ułamku sekundy w mojej głowie pojawiają się rozliczne scenariusze o tym, jak to mocarny prezes oferuje młodej dziewczynie pracę tylko po to, by ją uwieść. 

„Bardzo chciałbym panią zatrudnić” powtarza spokojnie rozmówca. 

Moja reakcja nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Uśmiechnął się tylko delikatnie, jakby się jej spodziewał. 

„Od dawna mam plan stworzenia nowego działu w firmie, a pani zdaje się mieć te wszystkie cechy niezbędne, by objąć takie stanowisko. Intuicja mi to podpowiada, a ufam swojej intuicji odnośnie pracowników.”

Powoli moja buntownicza postawa przeradza się w ciekawość, więc zaczynamy rozmawiać. Posada i cały jego plan wydają się naprawdę interesujące, a on nie wysyła żadnych dwuznacznych sygnałów. Czysty biznes. Ustalamy, że spotkamy się za tydzień i omówimy warunki ewentualnej współpracy. 

Gdy wreszcie do tego dochodzi, mężczyzna pyta, jakie wynagrodzenie by mnie satysfakcjonowało. Postanawiam poddać ostatniej próbie jego intencje. Rzucam więc stawkę znacznie wyższą nic to, co normalnie mogłabym zarobić. 

Prezes myśli przez chwilę, może nawet coś sobie przelicza. W końcu przenosi na mnie wzrok i miękkim tonem oznajmia, że może przystać na taką propozycję. A więc zaczynam za dwa tygodnie. 

Miałam nieco ponad dwadzieścia lat, gdy wydarzyła się ta historia. W ciągu kilku minut wykreowałam sobie pracę o jakiej marzyłam. Dostałam prestiżowe stanowisko i dumnie brzmiące tytuły na wizytówce. Zaczęłam zarabiać jak nigdy wcześniej i naprawdę co drugi dzień wracałam do domu z torbami pełnymi nowych ciuchów. 

Pozostawał tylko jeden szkopuł. Byłam w tej pracy nieszczęśliwa. Codziennie, gdy o siódmej rano dzwonił budzik, chciało i się płakać, że znów muszę tam jechać. Dlaczego? Przecież wszystko było tak jak sobie wymarzyłam? 

Zapomniałam jednak o pewnej kluczowej rzeczy. W kreowaniu nie chodzi o to, co wypływa z naszego umysłu.

W kreowaniu chodzi zawsze o to, jak chcę się czuć.

A to, jak będę się czuć za godzinę, za tydzień czy kilka miesięcy, kreuję poprzez to, jak czuję się w chwili kreowania. 

Gdy w to dżdżyste październikowe przedpołudnie szłam na spotkanie, byłam przybita i sfrustrowana. Co z tego, że w umyśle stworzyłam sobie obraz „idealnej” pracy, skoro moje emocje się nie zmieniły? Moje wibracje pomimo nowych wyobrażeń i tak pozostały te same. Moje vajby były vajbami chęci wyrwania się z aktualnej sytuacji. Praca, którą dostałam, szybko okazała się całkowicie zgodna z wibracjami, z których powstała. 

Gdy zaczynamy świadomie kreować swoją rzeczywistość szybko zauważamy, że manifestowanie rzeczy jest naprawdę proste. Dużo czasu zajmuje nam jednak zrozumienie, że najważniejszą składową naszych pragnień jest zawsze to, by czuć się dobrze.

Okoliczności mogą się bowiem dowolnie zmieniać, ale nie będziemy szczęśliwi, jeżeli nie wykonamy wewnętrznej pracy i nie przystroimy naszych vajbów.