Wychodzę z pokoju trzymając w dłoniach szklankę przykrytą świstkiem papieru. W szklance miota się wielką ćma. Nie mam pojęcia jak się u mnie znalazła. Przecież mam moskitiery. 

Chcę uwolnić niespodziewanego gościa, więc idę do salonu. W środku zupełnie ciemno. Na kanapie siedzi S. i jej mama, która przyjechała do nas w odwiedziny. Oglądają film. Pogasiły światła, żeby nie kusić owadów. W końcu tu moskitier nie ma. S. ich nie lubi. 

Wielkie okno przy stole jest otwarte na oścież. Dziwne, rzadko w ogóle je uchylamy. Stwierdzam jednak, że to wykorzystam i tędy wypuszczę ćmę na wolność, a nie jak zawsze w kuchni.

Podchodzę i zamaszystym ruchem wystawiam szklankę na zewnątrz, by owad mógł wylecieć.

Gdy tylko to robię, czuję coś bardzo dziwnego na skórze. Błyskawicznie cofam dłoń i już wiem, że mam na niej wielkiego pająka. 

„O nie!” krzyczy S. i podrywa się z kanapy, a ja wydając z siebie dziwne dźwięki próbuję zrzucić potwora na ziemię. 

Jestem tak oniemiała z zaskoczenia, że na oślep tupię nogami, by jak najszybciej unicestwić intruza. 

Mama S. kuli się najbardziej jak może i piszczy coś niezrozumiałego.

Kilkusekundową wrzawę kończy odgłos chrupnięcia pod moim kapciem. Stało się. Zabiłam Stefana. 

Nie jest to jednak zwykła historia i walce z owadami. To pełna niuansów opowieści o tym, jak współtworzymy z innymi ludźmi nasze indywidualne doświadczenie.

Zacznijmy więc od początku. Do naszego mieszkania przyjechała mama S., która ma ogromną siłę kreacji. Potrafi błyskawicznie manifestować wszystko, co tylko zabiera jej cenną uwagę.

S. uparcie powtarza jej, że powinna uważać na swoje myśli i przekonania, bo poza dobrymi rzeczami kreuje również wszystko to, czym się martwi i przejmuje. 

W tej historii jestem też ja ze swoją wyjątkową cechą brania na klatę rzeczy, których inni nie chcą zrobić. 

No i jest Stefan – wielki krzyżak, który od zawsze mieszka z nami po zewnętrznej stronie okna w salonie.

Tego pamiętnego wieczora S. i jej mama postanowiły obejrzeć film. Problem w tym, że było bardzo gorąco. S. zadecydowała, że zgasi wszystkie światła i otworzy okno, które zawsze dzieliło nas od Stefana. 

Mama S. bardzo boi się jednak pająków i non stop powtarzała, że on tu na pewno wejdzie, i że ktoś powinien go zabić. S. powtarzała natomiast, że na pewno nie wejdzie, bo po co miałby wchodzi, a poza tym, że mama powinna przestać tak mówić, żeby nie kreować głupot. 

W tym czasie ja – niczego nie świadoma – pracowałam w swoim pokoju. W pewnym momencie zobaczyłam wielką ćmę. To był naprawdę niespodziewany widok, zważywszy na solidne moskitiery, które chronią mnie przed takimi gośćmi. 

Nie analizowałam jednak zbytnio, skąd ta ćma na ścianie. Zrobiłam to co zawsze, czyli ostrożnie złapałam ją w szklankę i postanowiłam wypuścić przez okno w kuchni, gdzie nie rezyduje żaden pająk. 

Gdy weszłam do salonu przez ułamek sekundy poczułam, że to trochę dziwne, że światła są zgaszone, a wielkie okno otwarte. Ale nad tym też się zbytnio nie zastanawiałam, tylko machnęłam przez nie szklanką, by dać ćmie szansę a nowe rzucie. 

Oczywiście ponieważ było ciemno, wsadziłam rękę w grubą pajęczynę Stefana, a potem w totalnym amoku go zabiłam. 

I tak oto skończyła się historia. Trzy jej uczestniczki doświadczył czegoś, co było najbardziej aktywne w ich polu energetycznym. 

Mama S. dostała zabitego pająka, który wcześniej przez moment biegał gdzieś po podłodze, próbując uciec przed moim butem. 

S. dostała kolejną sytuację, gdzie powtarza swojej mamie: “a nie mówiłam! Musisz uważać na własne myśli, bo to wszystko sobie potem kreujesz!” 

A ja po raz kolejny byłam tą, która (w prawdzie trochę niechcący) stanęła na wysokości zadania i zrobiła to, czego inni nie chcą lub boją się zrobić. 

Nie wiem tylko, co było wtedy dominującą wibracją Stefana, ale jak można się domyślać, to nie był jego najlepszy dzień. 

Nie istniejemy sami we wszechświecie. Wspólnie z innymi tworzymy rzeczywistość. Spotykamy się w tym procesie nieprzypadkowo.

Zawsze jesteśmy idealnie dopasowani pod względem jakości, które w nas dominują, i które dopełniają się z jakościami ludzi wokół nas.

Nie jesteśmy od siebie oddzieleni. Zawsze trafiamy na tych, którzy doskonale wpasowują się w nasze vajby i zawsze doskonale wpasowujemy się w vajby tych, którzy wchodzą z nami w interakcje.