“Chcę mieć łatwe życie!” krzyczę na całe gardło i gdy tylko kończę to zdanie, uświadamiam sobie, jak straszną głupotę właśnie zrobiłam. 

Stoję na skrzyżowaniu wśród gromady ludzi, którzy po ciężkim dniu wracają z pracy. Są zmęczeni, zadumani, pogrążeni w swoich sprawach. Samochody pędzą i trąbią, a my czekamy na zielone światło. Mam wrażenie, że ten dziwny facet obok zaraz przywali mi w łeb kawałkiem stalowej rury, którą nie wiadomo po co dzierży w dłoniach. 

Zastygam w bezruchu i czekam na ich reakcję, jakbym czekała na wyrok. Nic się jednak nie dzieje. 

“A więc krzyczałam tylko w głowie” uświadamiam sobie z lekką ulgą. Nie jest to jednak ulga pełna, bo choć wreszcie zmienia się światło i wszyscy jakby nigdy nic ruszają przed siebie, to i tak mam wrażenie, że za moje nieprzyzwoite marzenia czeka mnie lincz.

W końcu, co ja sobie w ogóle myślę, żeby tak po prostu mieć łatwe życie? Jak to możliwe, że w ogóle mam czelność pragnąć czegoś takiego? A moi dziadowie, pradziadowie i całe pokolenia wstecz? A ci wszyscy dookoła, którym jest trudno, którzy wciąż mają pod górę?

Czuję się, jakby osaczyli mnie ciasnym kręgiem i czekali, aż przyznam, że zgłupiałam, i że przecież to normalne, że w życiu nie ma lekko. Ale ja nie zamierzam przyznawać im racji. 

Wiem, że urodziłam się w kraju, który ma szczególne pole energetyczne. Tutaj lepiej nie chwalić się, że jest ci dobrze, że bezproblemowo odnosisz sukcesy i wszystko ci się udaje. Tutaj trzeba cierpieć, a przynajmniej strasznie się napracować, by potem nieśmiało przyznać, że ci się “pofarciło” w jakimś temacie. 

Każdy zakątek świata ma swoją charakterystyczną wibrację. Czasem wystarczy wyjechać na kilka dni, by zacząć czuć się inaczej, myśleć inaczej i postrzegać inaczej rzeczywistość. Tłumaczymy sobie wtedy, że to dlatego, że jesteśmy na urlopie, albo że to przez słońce, a co najmniej przez jetlag. Ale tak naprawdę nie dzieje się nic innego, jak tylko dostrajamy się do vajbów danego miejsca. 

Czasem te vajby z nami rezonują a czasem nie, ale jakkolwiek jest, warto pamiętać, że wibracyjnie zawsze poruszamy się w siatce określonych częstotliwości, które bezpośrednio wpływają na nasze doświadczenia. 

Niekiedy dziwnie i nawet nieco strasznie jest oznajmić wszem i wobec, że pragniemy jakości, które są w totalnej opozycji do tego, czym wibruje pole kraju, w którym żyjemy. Nie oznacza to wcale, że mamy tego nie mówić lub powątpiewać w słuszność naszych wyborów. Chodzi tylko i wyłącznie o to, by mieć świadomość, skąd pochodzi dyskomfort, który nas wówczas nawiedza. Prawdopodobnie jest to dominująca wibracja w danym otoczeniu.

Szybko wpadłam na pomysł, by słowo “łatwe” zastąpić słowem “proste”. “Proste życie” ma mniejszy ciężar gatunkowy i zdaje się nie wkurzać moich przodków. Nie pragnę też, by inni ludzie zrozumieli, o co dokładnie mi chodzi. Nie tłumaczę więc, nie mówię za wiele na ten temat, tę sferę rezerwuję tylko dla tych, którzy podążają podobną ścieżką.

Gdy mieszkałam z moją przyjaciółką, niezliczone razy rozwalałyśmy się wieczorami w fotelach i jak mantrę powtarzałyśmy: “rany! Ale my mamy dobre życie!” Obie wyznawałyśmy te same wartości, a nasze lokum miało niesamowitą energię. Było jak oaza na pustyni, jak zaciągniecie ręcznego hamulca, jak port dla statku. 

Nie zawsze trzeba wyjechać, by uwolnić się od dominujących wibracji danego zakątka świata.

Najczęściej wystarczy przenieść fokus na to, czego chcemy i po prostu go na tym utrzymać. 

Konkretne pole energetyczne jest przecież niczym innym jak kolektywną świadomością, czyli zbiorem fokusu jednostek.