Pewien smutny samotny człowiek znalazł zaczarowaną lampę. Potarł ją i z lampy wyskoczył Dżinn. 

„Spełnię jedno twoje życzenie” oznajmił z pełną mocą. „Czego pragniesz?” 

„Spraw, by można mnie było pokochać” poprosił człowiek. 

Wtem zagrzmiało, błysnęło a wokół uniosła się chmura dymu. 

„Już” oznajmił Dżinn. 

Człowiek przyjrzał się sobie uważnie. 

„Ale przecież nic się nie zmieniło!” wykrzyknął zszokowany. 

„Wiem” odparł spokojnie niebieski sługa. 

Większość z nas przynajmniej raz w życiu zadaje sobie to pytanie: „co muszę w sobie zmienić, by ktoś mnie pokochał.” Bez względu na okoliczność odpowiedź brzmi zawsze tak samo: „musisz zmienić przekonanie, że musisz coś w sobie zmienić”.

Doświadczamy zawsze tego, czego spodziewamy się doświadczać bez względu na to czy wynika to z naszej świadomości czy podświadomych przekonań. Nasza rzeczywistość zbudowana jest z tego, czemu poświęcamy uwagę. Nie ma się jednak co dziwić, że często fokusujemy się nie na tym, czego tak naprawdę pragniemy. 

Szybko uczy się nas, że musimy zasłużyć na miłość, spełnić pewne kryteria lub prezentować określone jakości. Czasem jeszcze zanim przyjdziemy na świat, mamy już wyznaczone zadanie do zrealizowania. Ludzie planują posiadanie dzieci, żeby czuć spełnienie, uniknąć pustki, a nawet zabezpieczyć się na starość. 

Tymczasem pojawia się nowe życie, wolna istota, która ma swój plan i swoją drogę. Ale ma też jedno – ogromną potrzebę miłości niezbędnej zarówno do biologicznego przetrwania jak i do uniknięcia emocjonalnej śmierci. 

Ta dusza staje się jednak punktem skupienia uwagi dla wszelkich wyobrażeń i założeń opiekunów, którzy swój uczuciowy dobrostan pokładają w dziecku. 

Błyskawicznie orientujemy się więc, że musimy być „jacyś”, by otrzymać od rodziców miłość lub przynajmniej coś, co interpretujemy jako miłość. 

Czasem ta zależność działa całkiem sprawnie, ale czasem nawet mimo naszych najszczerszych chęci nie jesteśmy w stanie zrekompensować dorosłemu tego, że nie żyje w zgodzie ze sobą. 

„Jak nie będziesz grzeczny, to mamusia będzie smutna” to jedno z pierwszych zdań, które wprost mówi, że dobrostan dorosłego jest zależny od maleńkiego dziecka. Ale to samo zdanie przetłumaczone na język świadomości i energii brzmi zupełnie inaczej: nie jestem połączona ze sobą i nie biorę odpowiedzialności za to, by czuć się dobrze, więc trzymam cię jako obiekt mojej atencji, pokładając swoje emocjonalne szczęście w twoich zachowaniach. Nie robię tego jednak, by cię skrzywdzić, nie obarczam cię świadomie. Żyję w sposób uwarunkowany i sama od zawsze jestem stawiana jako obiekt czyiś oczekiwań.

Wyrastamy na ludzi naznaczony jako niepełni, niekompletni, niegotowi i z góry przeznaczeni do ciągłego poprawiania lub wręcz naprawiania siebie. 

Lecz tak naprawdę nigdy nie byliśmy za mało lub za bardzo “jacyś”. Nic w nas nie jest zepsute i złamane. Nie jesteśmy wybrakowani.

Za każdym razem gdy słyszeliśmy lub słyszymy, że powinniśmy być inni, jest to jedynie dowodem na to, że dana osoba projektuje na nas swoje własne wizje i pragnienia, których po prostu w danym momencie nie zaspokajamy.

Nie mamy oczywiście obowiązku ich zaspokajać, tak jak nikt z zewnątrz nie ma obowiązku spełniać naszych wizji i pragnień. 

Nie musimy w  żaden sposób zasługiwać na miłość. Z poziomu energii to czy ktoś nas kocha czy nie zależy tylko od jej lub jego indywidualnego fokusu na miłość. 

Dlaczego więc czasem czujemy się niekochani? Bo poświęcamy naszą uwagę takim właśnie aspektom rzeczywistości i to często tym z dzieciństwa – zupełnie nieaktualnym, odległym od naszego „teraz” o kilkadziesiąt lat. To na czym się skupiamy, mnoży się potem w naszym doświadczeniu, przez co obserwujemy jeszcze więcej nie-kochania i kreujemy jeszcze więcej takich doświadczeń. 

Bez względu na to, co jest lub było, czas przerwać błędne koło. Czas przenieść fokus na to, czego pragniemy i nastawić swój odbiornik na miłość. Nie potrzebujemy do tego Dżina ani żadnej innej osoby. Potrzebujemy po prostu kochać innych.

Energia miłości, to energia miłości – bez względu na to, czy płynie od nas czy do nas.