Jest ósma rano, gdy dzwoni telefon – obcy numer. Nie spodziewam się nikogo, więc rozważam czy w ogóle odbierać. To i tak cud, że jestem na nogach. Dzwoni jednak tak namolnie, że wreszcie podnoszę słuchawkę.

Po drugiej stronie zdesperowana kobieta. Za tydzień ma ślub a krawcowa spartoliła jej wymarzoną suknię. Ja ma jeszcze kilka modeli od pół roku wystawionych na sprzedaż. To pozostałość po kolekcji, którą kiedyś projektowałam. Pyta, czy mogłaby przyjechać i je przymierzyć.

Kręcę nosem, bo dobrze wiem, jak to się zazwyczaj kończy. Przyszłe mężatki zajmują mi tylko czas, a potem i tak wybierają coś innego. Odmawiam, ale kobieta z jeszcze większą desperacją błaga mnie o choćby pół godziny z jutrzejszego poranka.

Natychmiast przypominają mi się te wszystkie maile z wielkim “POMOCY!” w tytule. Dostawałam je średnio raz w tygodniu i ratowałam tyłki pannom młodym, nie tylko zajmując się ich kreacjami, ale też psychiką. Po skończeniu pracy obiecałam sobie, że nigdy więcej nie podejmę się bycia dobrą wróżką. Cóż, teraz wychodzi na to, że zrobię to jeszcze ten jeden raz.

“Może jednak coś kupi” myślę. “W końcu dwa dni temu wysłałam w przestrzeń intencję, by zarobić trochę ekstra kasy.”

Klientka zjawia się punktualnie następnego dnia. Od progu mam dziwne uczucie, że jest jakaś inna. Nie mogę zidentyfikować, o co dokładnie chodzi, ale rozmawia nam się naprawdę dobrze. Coś w niej wyjątkowo ze mną rezonuje. 

Mierzy jedną suknię, drugą, trzecią… Pozwalam sobie na głos zauważyć, że wygląda w niej jak szykowna Francuzka z filmów. 

“Tak, mam w sobie ten vajb. Chyba w poprzednim wcieleniu naprawdę żyłam we Francji” odpowiada tonem, jakby była to najbardziej normalna wymiana zdań na świecie. 

Wiem już co się dzieje, ale niczego nie komentuję i na chłodno obserwuję dalszy rozwój wydarzeń. Kończy się to tak, że kobieta kupuje nie jedną, ale dwie suknie ślubne i zabiera paczkę akcesoriów, która czekała od dwóch miesięcy na to, by ją komuś oddać.

Chowam zarobione pieniądze i uśmiecham się sama do siebie. Niezmiennie fascynuje mnie to, jak działa wszechświat i nasza własna kreacja.

Zapragnęłam zdobyć trochę dodatkowej forsy. Weszłam w stan, jakby już się to stało, po czym totalnie odpuściłam. Zajęłam się czymś zupełnie innym. Czterdzieści osiem godzin później mam to podane jak na talerzu i to w sposób, który jest najłatwiejszy i najbardziej bliski temu co znam. 

Najciekawsze są zawsze te drobne okoliczności, które sprawiają, że nie mogę mieć ani cienia wątpliwości, że to co się dzieje, jest efektem moich intencji. Zjawia się ktoś obcy, kto wydaje się znajomy, gada o rzeczach, o których normalnie się nie gada i kupuje nie jedną, ale dwie suknie ślubne. 

Ludzie codziennie identyfikują w sobie nowe pragnienia, jednocześnie martwiąc się, że pewnie i tak nigdy się nie spełnią. Próbują za pomocą logiki przewidzieć, jak mogłoby się to wydarzyć. Jednak gdy świadomie manifestujesz, ten problem nie istnieje. Wtedy nie ma powodów, by zastanawiać się jak to się stanie. Można być jedynie podekscytowanym tym, że na pewno wydarzy się to w jakiś wyjątkowy w swych detalach sposób. Zmanifestuje się to spoza ograniczających koncepcji i przekonań. Przyjdzie z nieskończonego pola możliwości i połączeń.

Wszystko jest jednością i jeżeli Ty czegoś pragniesz, to to coś z równą mocą pragnie Ciebie.

Jeżeli Ty o czymś myślisz, to to myśli również o Tobie. Wasze spotkanie nie jest nigdy przypadkiem. Jest konsekwencją dwóch różnych intencji, które znalazły idealne spełnienie w sobie nawzajem.