Doprawdy nie wiem, jak to się stało, że nasze pocałunki zamieniły się w pikantną grę wstępną. W zasadzie nie wiem nawet jak doszło do tego, że w ogóle zaczęliśmy się całować. 

Nasza relacja miała być czysto przyjacielska i nie włożyłabym jej żadnych kosmatych ekscesów. A jednak nie da się ukryć faktu, że leżę właśnie na jego kanapie bez koszulki i stanika. 

S. klęczy między moimi nogami i ku mojemu totalnemu zaskoczeniu zgrabnie ujmuje moją stopę, po czym płynnym ruchem ściąga z niej skarpetkę. 

Podzielam podejście Króla Julian, czyli: „nie tykaj stopy!” W końcu co jak co, ale moje “czterdzieści jeden” to niezbyt seksowny okaz. Daleko mi też do wypielęgnowanych paluszków i francuskiego pedicure. Ta część ciała jest są do chodzenia, nie do dotykania. 

Protestuję więc błyskawicznie na zakusy mojego towarzysza, ale on jakby nigdy nic patrzy na mnie nieco pobłażliwym wzrokiem. Uśmiecha się lekko po czym zaczyna całować to moje “czterdzieści jeden”. 

Zamierzam z na wpół otwartymi ustami. Już miałam mówić stanowcze “nie!”, ale w tym momencie ten pomysł wydaje mi się zupełnie poroniony. Zalewa mnie fala tak silnego podniecenia, że za nic w świecie nie chce tego przerywać. 

Mój mózg jednak nie ogarnia i gdzieś z tyłu głowy próbuje połączyć te dwa wątki: moje nie-seksowene giry i to mega-seksowne doznanie. 

Następnego dnia mniej już mnie zadziwia fakt, że poszliśmy do łóżka a bardziej to, jakim cudem akcja „stopa” trafia na moją listę najfajniejszych sypialniach doznań. 

Mam to niesamowite szczęście, że z S. mogę szczerze o wszystkim rozmawiać, co też postanawiam teraz wykorzystać. 

“Jak to jest, że podobają ci się we mnie rzeczy, które ja uważam za moje najsłabsze punkty?” pytam wprost.

“Bo może wcale nie są najsłabsze” odpowiada jakby nigdy nic. “Może po prostu wymagają dopieszczenia, żebyś zobaczyła ile przyjemności mogą tobie dawać. Mi dają.”

No zabił mi ćwieka tymi słowami. Znam S. na tyle dobrze, by wiedzieć, że to nie wysublimowana zagrywka ale jego szczera opinia.

Mimowolnie zaczynam więc błądzić myślami w przeszłości i szukać tego momentu, gdy nadałam swoim stopom negatywną etykietę. Widzę tam zmęczonego życiem faceta, który sprzedaje buty. Nie da się ukryć, że nie jest to praca jego marzeń. Mama zaciągnęła mnie do niego, żeby kupić mi trampki, ale jestem wysoką dziewczynką z dużymi, jak na dziecko stopami, więc nie ma rozmiaru dla mnie. Mężczyzna pogardliwie rzuca, żebym “se szukała w męskich”. Pamiętam wstyd jaki wtedy czułam i tą okropną bezradność wobec całej sytuacji.

A co jeżeli S. naprawdę ma rację? Może to, co dawno temu zakodowało się w mojej głowie, jest zupełnie niezgodne z rzeczywistością? Może przez tyle lat chowam przed światem coś pięknego tylko dlatego, że w pewnym momencie uwierzyłam, że to piękne nie jest?

Tak często żyjemy pokurczeni energetycznie, niepewni, zażenowani sobą, bo odebraliśmy kiedyś wiadomość, że coś jest z nami nie tak. Za głośni, za cisi, zbyt pewni siebie, za grubi, za chodzi, nieodpowiedni… Bo tak powiedziała mama, bo tak powiedział tata, bo tak głosi religia, bo tak stwierdził nauczyciel, albo jakiś przypadkowy facet sfrustrowany tym, że znowu nie udało mu się sprzedać tych cholernych butów.

Przez lata projektujemy na zewnątrz przekonanie o swojej niedoskonałości, zupełnie nieświadomi, że czasem to “coś”, co tak bardzo chowamy, wymaga po prostu naszej uwagi i czułości.

Nie wiemy nawet ile cudownych doznań mogą nam dawać te nasze “najsłabsze strony”, nie mówiąc już o tym, że dookoła są ludzie naprawdę spragnieni właśnie tego, co nam wydaje się, na przykład tylko niezgrabną “czterdziestką jedynką”.