Lokal jest wypchany po brzegi. “Naprawdę nie mam ochoty tu być” myślę, gdy tylko zderzam się z tłumem. Tak to już jednak jest na babskich wyjazdach, że jedna za wszystkie, wszystkie za jedną. Musiałam przyjść. Dwie trzecie naszej paczki zapragnęło salsy, więc nie pozostaje mi teraz nic innego, niż pilnować im torebek.

Z butelką piwa w wolnej ręce gramolę się w kąt sali. Nie ma ani jednego wolnego miejsca, więc postanawiam usiąść na podłodze za rządkiem kobiet. To trochę jak stać za kolumną w kościele – niby jesteś, a jakby cię nie było. 

Pomiędzy ich nogami widzę jedynie urywki tego, co dzieje się na parkiecie. Klika par wiruje na środku a dookoła rozgrywa się dramat. Mężczyźni walczą ze sobą, by zebrać się na odwagę i podejść do lasek, które ewidentnie czekają, aż tamci się do nich pofatygują. 

Muszę przyznać, że to zabawny widok. Przypomina trochę dyskoteki w podstawówce. Przez chwilę uśmiecham się na tę myśl, ale szybko stwierdzam, że jestem za stara na takie podchody. Opcja pod tytułem “i chciałby i boi się” zupełnie mnie nie kręci. 

“Jeżeli jest tu ktoś, komu naprawdę warto poświęcić czas, będzie musiał przedrzeć się przez zasieki wokół i uklęknąć, by poprosić mnie do tańca” śmieję się w duchu. W parterze i na dodatek osłonięta pięknymi niewiastami, jestem niemal niewidzialna. Ale to dobrze. Jest szansa, że w towarzystwie mojego kolegi Browara jakoś wytrzymam tych kilka godzin aż moje przyjaciółki się zmęczą. 

Nie mija pięć minut, gdy obok mnie zjawia się mężczyzna o łagodnych rysach i przyjemnym uśmiechu. W ułamku sekundy ocenia sytuację, po czym przyklęka na jednym kolanie. Tylko w ten sposób jest w stanie być na tyle blisko, by przebić się przez głośną muzykę. Pyta, czy zechciałabym z nim zatańczyć. 

Patrzę na niego wybałuszonymi oczami. Ale jak? Jakim cudem mnie zauważył? Ja tylko żartowałam z tym klękaniem…

Gdyby nie element szoku, pewnie z marszu bym odmówiła. Całe to zdarzenie jest jednak tak niezwykłe, że się zgadzam. Muszę jednak poczekać aż dziewczyny wrócą i któraś z nich zastąpi mnie w pilnowaniu dobytku. 

Mężczyzna proponuje, że ze mną zaczeka, więc zaczynamy rozmawiać. I choć staram się naprawdę uważnie go słuchać, z tyłu głowy wciąż zastanawiam się, jak to wszystko możliwe. 

Wreszcie ruszamy na parkiet i już po pierwszej minucie nie mam wątpliwości, że ten mężczyzna jest idealną odpowiedzią na intencję, którą – siedząc wcześniej w kącie – trochę nieświadomie wysłałam do wszechświata. Jest też chyba najlepiej prowadzącym partnerem, z którym miałam przyjemność kiedykolwiek tańczyć salsę. Błyskawicznie zaczynam czuć się całkowicie swobodnie.

Spędzamy razem całą noc, rzadko schodząc z parkietu. Ostatecznie, to nie ja ciągnę swoje przyjaciółki z powrotem do hotelu, to one ciągną mnie.

Na pożegnanie mój wspaniały partner dziękuje za miło spędzony wieczór. Przez moment przyglądał mi się jeszcze jakby z niedowierzaniem. 

“Musiałem aż uklęknąć, żeby poprosić cię do tańca…” rzuca rozbawiony, ale też ewidentnie zaskoczony tym, że to zrobił. 

Nic nie odpowiadam, tylko uśmiecham się bardzo tajemniczo.

Ta historia miała miejsce wiele lat temu, ale wyraźnie pamiętam ją do dziś. Nie jest to jednak opowieść o tym, że jestem zajebista, bo faceci przede mną klękają. Nie chodzi też o tempo manifestacji ani o doświadczanie synchroniczności zdarzeń. Tamto wydarzenie niezmiennie przypomina mi o pewnej pięknej prawdzie:

cokolwiek jest idealne dla mnie, zawsze mnie znajdzie. ZAWSZE. 

Jako ludzie przywykliśmy do tego, by się starać, zabiegać, czasem nawet walczyć o coś, czego pragniemy. Owszem, jest to lepsza strategia niż rozpaczanie, że nic dobrego się nie przydarzy. Energia zabiegania a już na pewno wojowania jest jednak zupełnie inna niż energią pozwalania, by to coś się stało, pozwalania, by coś samo Cię znalazło.

Gdy pozwalamy, przychodzą do nas rzeczy, ludzie i zdarzenia wprost idealne. Często ich niezwykłe dopasowanie znacznie wykracza poza to, co stworzyliśmy w za pomocą logicznego umysłu.

Gdy pozwalamy, otwieramy się na strumień dobra, który płynie do nas i przez nas.

Na nasze szczęście, by doświadczać tych dobrodziejstw, nie musimy wcale fruwać dwa metry ponad ziemią w chmurze euforii i duchowych uniesień. Czasem, wystarczy tylko nie mieć przeciwstawnych myśli. Czasem wystarczy wysłać szczerą intencję i po prostu choć przez chwilę jej nie zaprzeczać. Wtedy naprawdę wszystko jest możliwe.