W myślach recytuję poemat składający się głównie z podwórkowej łaciny. Ciskam na biurko telefon, który cudem zatrzymuje się tuż przed krawędzią blatu. Jeszcze pięć centymetrów i moja komórka wpadłabym między gabloty, a stamtąd nigdy bym jej nie wyciągnęła. 

Jestem w sklepie, gdzie pracuję i przed chwilą K. oznajmił mi sms’em, że chyba nie wyrobi się na naszą randkę. 

 „Jak on tak może?! Od miesiąca to samo, wciąż tylko kurz i gruz, wybieranie kafli i szlifowanie klepki” pieklę się w duchu.

Remont mieszkania sprawił, że mój luby ma niewiele czasu na amory. Spotykamy się dopiero kilka tygodni, dlatego chcę robić dobre wrażenie i dzielnie noszę brak uwagi. Przywiozę mu jedzenie, wysłuchuję wszelkich budowlanych historii i pokornie przyjeżdżam w miejsce, które przypomina jeden wielki plac budowy. Nie da się tam stamtąd wyjść czystym. Wszędzie niepojęty syf. 

Mam już dość. Powinniśmy przeżywać teraz nasz miesiąc miodowy a nie zastanawiać się, czy nam cegła na łeb nie spadnie. 

Jest mi szczególnie przykro, bo dzisiejsza randka miała być wyjątkowa. Planowaliśmy wyjazd do jakiegoś cichego hoteliku i skupienie się tylko na sobie. Zero rozmów o remoncie. 

Wystroiłam się na tę okazję w nadziei, że wreszcie poczuję się docenioną kobietą. Miła odmiana od łażenia w brudnym od szlifierskiego pyłu dresie i wysłuchiwania o problemach z krzywą podłogą. 

Tak bardzo chciałam, żeby K. zauważył znów jaka jestem piękna i poświęcił mi uwagę, jaką zauroczony facet poświęca swojej świeżo upieczonej wybrance. Okazuje się jednak, że prawdopodobnie z randki nici. 

Nie bardziej niż to mierzi mnie fakt, że totalnie zepsuł mi się humor. Trochę z przekory dla całej tej sytuacji postanawiam, że wykreuję sobie to bycie zauważoną i docenioną. Jak K. nie ma na to czasu, to jego strata. 

Dobrze wiem, co mam robić, więc siadam wygodnie i zamykam oczy. Biorę uspokajający wdech i pytam siebie w myślach, jak bym się czuła, gdyby ktoś się mną szczerze zachwycił. 

Ciało szybko odpowiada charakterystycznymi doznaniami. Chyba nawet uśmiecham się lekko z satysfakcją. Ewidentnie puściłam w przestrzeń nowego vajba. 

Coś jednak wyrywa mnie z twórczego procesu. Do sklepu wchodzi wycieczka Azjatów. 

Moja galeria jest mała, więc tych kilkanaście osób robi prawdziwy tłok. Stoję na baczność i trochę znudzona obserwuję. Goście jedynie rozglądają się pobieżnie i po minucie opuszczają lokal. 

Jedna z kobiet cały czas patrzy na mnie pełnym entuzjazmu wzrokiem. Napotkawszy moje spojrzenie łamanym angielskim pyta: „can I take you a picture?” 

Zerkam na wielki profesjonalny aparat, który trzyma w dłoni i naprawdę nie wiem, co odpowiedzieć. 

„But… Why?” rzucam wreszcie szczere skonsternowana. 

„Because you are so beautiful!” niemal woła tamta. 

„O rany, jak szybko się to zmanifestowało!” myślę nie z radością a raczej z przerażeniem. 

Zgadzam się na zdjęcie i mechanicznie do niego pozuję. Chcę jak najprędzej zostać sama.

Gdy klientka opuszcza lokal, zamykam drzwi i wychodzę na zaplecze. Opieram się o zlew i błędnym wzrokiem patrzę na swoje odbicie w lustrze. 

No tak, jestem kreatorem swojej rzeczywistości i jak widać kreuję błyskawicznie. Ale tak samo jak wykreowałam Azjatkę zachwycającą się moim pięknem, tak samo wykreowałam też K., który nie miał czasu się tym pięknem zachwycać. 

Poświęciłam tak wiele uwagi, by na to narzekać, że jego dzisiejsza wiadomość nie powinna mnie ani trochę dziwić. Jest ona niczym innym jak tylko efektem moich własnych myśli. 

Ale to też jeszcze nie koniec. Bo choć w przeciągu pięciu minut dostałam dziś to, czego chciałam, to wcale nie poczułam się przez to lepiej. Wciąż kreuję z miejsca niezadowolenia i braku czegoś.

Mogę więc wymyślać sobie jakiekolwiek scenariusze, ale jeżeli nie zmienię najpierw swoich uczuć, to same manifestacje też niczego nie zmienią. 

Wyjątkowo otrzeźwiona tym doświadczeniem postanawiam, że zrobię dziś wszystko, by czuć się dobrze. Będę skupiać się tylko na tym, co podnosi moje wibracje. Nie ma znaczenia czy spotkam się z K. czy nie. Nie ma znaczenia, czy wpadnie tu jeszcze stu Azjatów z aparatami. Dziś będę pałać zadowoleniem z tego, co już mam. 

Wracając do domu jestem już w naprawdę dobrym nastroju. Szczerze cieszy mnie perspektywa spędzenia wieczoru z przyjaciółką, z którą mieszkam. Obie uwielbiamy te leniwe godziny pełne śmiechu i rozmów. Jednak nim zdążę przekroczyć próg, dzwoni telefon. To K. Właśnie skończył robotę i pędzi do mnie najszybciej jak potrafi. 

Pół godziny później wita mnie z kwiatami i zabiera do uroczego hoteliku na obrzeżach miasta. Spędzamy cudowne dwa dni, ani przez chwilę nie gadając o remoncie.