W usłanym kolorową pościelą łóżeczku leży niemowlak. Chwyta swoją nogę i bez cienia wysiłku przyciąga ją wprost do buzi. Wszyscy wokoło zachwycają się dzieciakiem. “Jaki słodki, jakie paluszki ma małe, jaka nóżka pulchna i urocza…” A ja gapię się na niego i myślę tylko o tym, że to nie fair. Od lat praktykuję jogę i chyba nigdy nie będę tak rozciągnięta jak ten różowy berbeć.

Z zadumy wyrywają mnie kolejne “ochy” i “achy” nad maluchem. On też wygląda na absolunie zafascynowanego swoimi kończynami. Nagle widzi jednak głupią minę i zaczyna płakać. Nawet mu się nie dziwię. Facjata wujka Stefana nie zalicza się do siedmiu cudów świata.
Mama bierze synka na ręce i próbuje go uspokoić, a towarzystwo wtóruje jej jak tylko może. “Nie ma co płakać. Nic się nie stało. I po co te lamenty?…” Mówienie tego przerysowanie miękkim głosem, wcale nie zmienia przekazu.

“Ech…” wzdycham cicho i sięgam po kieliszek z winem. “Byłoby miło, gdyby od urodzenia nasze emocje traktowano tak jak nogi.”

Ale nogi to nie emocje, wiadomo. O nodze nie mówi się, że jest zła, ale o emocji już tak. “Nie płacz, nie krzycz, nie złość się” – niemal każdy to zna. Ale mało kto słyszał w dzieciństwie tekst w stylu: “pozbądź się tej nogi”, albo “zrób tak, żebym jej nie widział.”

Jesteśmy uczeni, że emocje są dobre albo złe, i że nie należy ich wyrażać, zwłaszcza tych “złych”. Ale bez względu, czy jesteśmy wrzeszczącymi dwulatkami, czy złoszczącymi się trzydziestolatkami, nasze emocje nigdy nie są złe. Są co najwyżej dla kogoś niewygodne. Można być bowiem niemal pewnym, że gdy ktoś mówi nam: ”nie wściekaj się”, robi to, byśmy stali się dla tego kogoś “łatwiejsi w obsłudze”. I tak jak małe dziecko słyszy “nie krzycz”, bo nie krzyczące dziecko jest łatwiejsze w obsłudze, tak samo dorosła kobieta słyszy “nie wkurwiaj się”, bo wkuriona kobieta, jest absolutnie poza wszelką obsługą. “Nie krzycz” i “nie wkurwiaj się” nie mają jednak nic wspólnego z naszym dobrem, ale z dobrem kogoś z zewnątrz, dla kogo tak jest wygodniej.

I dałoby radę w paru momentach przymknąć na to oko, gdyby nie fakt, że wychowani w ten sposób tracimy zdolność bezpiecznego wyrażania swoich emocji. A gdy stracimy zdolność bezpiecznego wyrażania emocji, mamy już krótką drogę to stracenia dostępu do emocji w ogóle.

Tymczasem emocje, to najlepszy przyjaciel człowieka – nawet te trudne. To najlepszy GPS, jaki jesteś w stanie sobie wymarzyć. Możesz być pewny, że gdy nauczysz się jego obsługi i rozumienia znaków, nie wyprowadzi cię w pole.

Jak działa GPS wie każdy, kto kiedykolwiek jeździł samochodem. Gdy skręcasz w złym kierunku, nawigacja nie powie: “gdzie jedziesz, idioto!”, zamiast tego będziesz słyszał nieustanne “zawróć”, aż wreszcie znajdziesz się na właściwej trasie.

Z emocjonalnym GPS’em jest podobnie. Emocje, które sprawiają, że czujesz się dobrze, to emocje, które mówią: jedziesz w dobrym kierunku, w kierunku zaspokojenia swoich potrzeb. Emocje, które sprawiają, że czujesz się źle, to drogowskazy mówiące, że jesteś daleko od zaspokojenia swoich potrzeb lub że robisz coś wbrew swoim najgłębszym potrzebom. Jak zabawa w ciepło – zimno. Ciepło – czuję się dobrze = moje potrzeby są zaspokajane. Zimno – czuję się źle = moje potrzeby nie są zaspokajane. Czuję się dobrze = zmierzam w dobrym kierunku, czuję się źle = zmierzam w złym kierunku.

To naprawdę łatwe i gdyby nikt się w to nie wpieprzał, można by tak na luzie przejechać całe życie. Sielankowa wizja, w której oddajemy władzę ciału i podążamy za jego bezcennymi wskazówkami.

Problemy zaczynają się, gdy na siedzeniu obok pojawia się pasażer, który mówi, że zna lepiej drogę, że już tędy jechał, że wie, gdzie jest skrót, i że on będzie nawigował. Ten pasażer to umysł.
Umysł jest jak upierdliwa żona albo uparta matka, która – choć nie ma pojęcia, dokąd chcesz pojechać i co chcesz zobaczyć po drodze – będzie non stop pieprzyć ci, że musisz skręcić w lewo a nie w prawo, że wszyscy jeżdżą inną trasą, a tak w ogóle, to twój samochód jest strasznie uwalony w środku.

Takiego pasażera dostajemy niestety niejako w “spadku” od naszych opiekunów. Oni też prawdopodobnie jeździli z podobną zakapiorą, więc mają obcykane, jak doskonale szkolić tego typu “asystentów”.

Wszystko ma swój początek, gdy jako dzieci uczymy się kierować pojazdem, którym jesteśmy. Z nieokiełznanym entuzjazmem ruszamy maszyną i prujemy do przodu, gdzie nas tylko oczy poniosą. Nie za bardzo trzymamy się wyznaczonych pasów, bo rutyna jest cholernie nudna. Niekoniecznie zwracamy uwagę na czerwone światła, bo czekanie jest dla lamerów, a nas rozpiera przecież chęć przygody. Ograniczenia prędkości też mamy w głębokim poważaniu i nieustannie testujemy, ile wyciągnie ta genialna maszyna, której stery trzymamy w dłoniach. To fakt, że z zewnątrz wyglądamy jak pijany oszołom przecinający centrum miasta, ale w tym właśnie znajdujemy największą radość z jazdy.

Opiekunowie często nie są jednak zadowoleni z naszego stylu, albo co więcej, chcieliby, żebyśmy od razu prowadzili jak Hołowczyc. Zaczynają więc szkolić kogoś, kogo sprytnie określają mianem “pilota”. Przekonują nas, że pilot jest najważniejszy i trzeba się go zawsze słuchać, bo on wie, co i jak.

Tak oto, po latach zdajesz sobie nagle sprawę, że model, którym jeździsz, z pewnością nie zalicza się do najnowszych i jest na tyle zaniedbany, że zabytkiem też raczej się nie stanie. Dodatkowo rozglądasz się dookoła i kompletnie nie wiesz, gdzie jesteś i po jaką cholerę się tu znalazłeś. Nie pamiętasz już nawet, dokąd chciałeś jechać na początku. Obok ciebie nieustannie siedzi za to ten sam upierdliwy pasażer, który od lat powtarza znane ci na pamięć teksty.

Bierzesz głęboki wdech i uświadamiasz sobie, że wciąż jeździsz po rondzie. W prawdzie, gdy wyruszałeś, było mniej zarośnięte i zniszczone przez pogodę, ale to dokładnie to samo rondo, na dodatek nieopodal twojego rodzinnego domu.

Ok. czas coś z tym zrobić. Tylko co? Nie masz ochoty tak po prostu się zatrzymać i wysiąść. W końcu to twój samochód. Sam go wybrałeś i choć jest jaki jest, to naprawdę go lubisz. Może pamiętasz jeszcze, jak dawno temu wyprzedzał wszystkie inne auta po drodze. Wciąż może tak być, musisz tylko przestać słuchać pilota. Nie łudź się jednak, że wyłączysz go tak po prostu. Musiałbyś doznać poważnych uszkodzeń mózgu, żeby tak się stało, a tego oczywiście nie chcemy.

Jest inny sposób. Pokaż mu, z kim ma do czynienia. Zawyj silnikiem, zaboksuj kołami, śpiewaj na całe gardło i jedź! Pora ostro depnąć i ruszyć wreszcie w prawdziwą podróż. To jest twoja wycieczka, nie tego gościa obok. On w końcu się zamknie, a ty zaczniesz znowu intuicyjnie wiedzieć, kiedy przyspieszyć lub zwolnić, kiedy skręcić albo trzymać się prostej. Tylko ty możesz dowieźć siebie tam, gdzie chcesz. Tylko ty wiesz, jak to zrobić i tylko TWÓJ emocjonalny GPS pomoże ci na tej drodze – nikt inny.

Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu punktu zaczepienia dla siebie. Nie mam o czym gadać z ludźmi zebranymi przy stole. Im bardziej jestem znudzona, tym szybciej wino wyparowuje z mojego kieliszka.

Niezauważona wymykam się do kuchni, by szkło nie wyschło totalnie. Po drodze mijam pokój chłopca. Drzwi są lekko uchylone, więc wchodzę ukradkiem, jak złodziej. Sama nie wiem, czemu to robię, ale w tej chwili wydaje mi się to najbardziej właściwe.

Mały leży grzecznie, a gdy tylko dostrzega mnie przy łóżeczku, momentalnie wsadza sobie stopę do buzi. Mam wrażenie, że czytał wcześniej w moich myślach i teraz najzwyczajniej się droczy.
“Uważają, że jesteś marudą, a ty po prostu nie możesz zdzierżyć wujka Stefana, co?” mówię na tyle cicho, by nie usłyszał nikt z salonu.

Dziecko ssie palec u nogi i patrzy na mnie uważnie.

“Pewnie, jak byłam w twoim wieku, to też płakałam na widok tej mordy” ciągnę dalej. “Oni sądzą, że to z tobą jest coś nie tak, gdy płaczesz, a tymczasem, to wujek powinien zastanowić się dwa razy, zanim zrobi głupią minę. Dlatego nie pozwól sobie wmówić, że masz w sobie coś zmieniać. Zawsze słuchaj siebie. Jak jest ci źle, to płacz, a jak dobrze, to śmiej się na cały głos.I pruj przed siebie jak wyścigówka, jak najlepsze auto świata, ok?”

Kończę swoją wzniosłą przemowę znaczącym “bruuum”, co jest pewnie jedynym, co mogło zostać zrozumiane. Mały człowieczek nie odrywa ode mnie totalnie poważnego wzroku. Czuję się trochę jak Jaś Fasola i gdy już prawie stwierdzam, że jestem po prostu ciotką – wariatką, dziecko zaczyna się uśmiechać szeroko. Nie potrafię się powstrzymać i moją twarz również rozpromienia uśmiech. Mam wrażenie, że choć różni nas ponad trzydzieści lat, nasze GPS’y działają podobnie. W tym momencie oboje czujemy się dobrze = oboje zmierzamy we właściwym kierunku.