„Jeżeli któregoś ranka stwierdzasz, że nie masz butów, to znaczy, że przesadziłaś.” Tak właśnie śmieje się moja przyjaciółka za każdym razem, gdy oznajmiam, że po raz kolejny biorę się za czystki w dobytku.

Zabawne, że ja pierwsza powiedziałam jej to w żartach, gdy wywalała rzeczy ze swojej szafy. Jak to z żartami bywa w wielu kryje się ziarnko prawdy – w tym również.

Cztery pary nart

Nie jeżdżę na nartach, więc łatwo się domyślić, że nie posiadam żadnych. Nie chodzę też za bardzo w szpilkach. Mam tylko jedne i przez połowę roku urzędują w pracy, jako moje obuwie na zmianę. Po porannym ośmiokilometrowym Walking Meditation ściągam trampki, wskakuję w szpilki, drogą biżuterię i z nomady zamieniam się w milion dolców. Nie potrzebuję jednak więcej eleganckich butów niż ta jedna para. Jak dla mnie brak nart i ulubione czarne szpilki to minimalizm idealny.

I niby wszyscy rozumieją, że różnie to wygląda u różnych osób, a jednak gdy oglądasz filmiki na ten temat albo podziwiasz zdjęcia na Instagramie, możesz odnieść wrażenie, że minimaliści startują w jakiś dziwnych zawodach. Wygra ten, kto będzie miał jak najmniej rzeczy. Jesteś w stanie spakować wszystko do niewielkiego plecaka – brawo. Masz siedem bluzek – wylatujesz z tego zacnego grona.

To prawda, że obserwowanie ludzi, którzy mają radykalnie mało przedmiotów robi wrażenie, ale nie należy się w tym gubić. Jeżeli tak chcą, to tylko i wyłącznie ich sprawa. Ty zawsze musisz słuchać siebie. Być może narciarstwo to Twoja wielka pasja i nie schodzisz poniżej czterech par nart w szafie. Albo potrzebujesz ośmiu par szpilek, bo tego wymaga od Ciebie praca. I to jest jak najbardziej w porządku. Minimalizm nie jest bowiem brakiem czegokolwiek – ani rzeczy, które kochamy ani tych, które potrzebujemy. Po prostu jedni kochają lub potrzebują mniej niż inni.

W moim magicznym domu

Drugim ze złudzeń jakiemu łatwo ulec jest to, że minimalizm wygląda w określony sposób. Jeżeli nie masz białych ścian i modnej roślinki, nie masz prawa określać się słowem na “M”. To oczywiście nie prawda.

Choć wśród wielu minimalistów można znaleźć wspólny wizualny mianownik, nikt nie może Ci narzucić, jak TWÓJ minimalizm powinien wyglądać. Większość być może wybierze stonowane kolory i proste formy, ale nie oznacza to, że nie można inaczej. Bo czy masz ochotę spać w pstrokatej pościeli czy otulać się surowym lnem to tylko i wyłącznie Twoja sprawa.

To między innymi dlatego tak bardzo fascynuje mnie minimalizm japoński. Z mojej perspektywy jest szczery. Nie dąży się w nim do bycia “fancy”. Rzeczy są jakie są – jedne piękne inne po prostu użyteczne. Liczy się prostota i absolutna łatwość w codziennym funkcjonowaniu a nie jakkolwiek trendy.

Zamienił stryjek siekierkę na kijek

Załóżmy, że jednak przemalowałeś mieszkanie na biało. To w sumie zrozumiałe, bo im bardziej pozbywasz się rzeczy, tym mocniej czujesz, że Twój dom powinien emanować spokojem i harmonią. Aż się prosi, żeby było w nim bardziej “ZEN”.

To fajnie, ale pamiętaj, że jest jednak ogromna różnica między czynieniem swojego otoczenia “bardziej ZEN” a wywalaniem wszystkiego tylko po to, żeby następnego dnia kupić wszystko nowe.

W minimalizmie nie chodzi o zastąpienie jednych rzeczy innymi. Owszem, czasem na fali zmian będziesz czegoś potrzebował. Jeżeli jednak weźmiesz kilka głębokich wdechów, szybko przekonasz się, że potrzebujesz o wiele mniej, niż Ci się w pierwszej chwili wydawało.

Wiem, że to nie lada wyzwanie oprzeć się pokusom, jakie zewsząd czyhają. Odkąd minimalizm stał się popularny, niezliczona ilość firm wypuściła niezliczoną ilość przedmiotów, które są “minimalistyczne”, i które – jako minimalista – koniecznie musisz mieć. Weź kilka kolejnych głębokich wdechów i zrozum, że nic nie musisz. Kubek, z którego pijesz czy Twój dywan w salonie są jak najbardziej OK.

Mniej wyrzucania, więcej zostawiania

Na deser zostawiłam sobie coś, co według mnie jest największym nieporozumieniem w minimalizmie. Tak wiele jest w nim o pozbywaniu, wywalaniu, ograniczaniu i zmniejszaniu a tak naprawdę w ogóle nie o to chodzi. Wiem, że gdy mówię: “mam o 90% mniej rzeczy”, to wywołuje to efekt “wow!” Ale tak naprawdę wypadałoby powiedzieć: “zostawiłam sobie 10% rzeczy, bo były zajebiste i to właśnie nimi wypełniłam 100% mojej codzienności”.

Minimalizm wciąż jeszcze jest błędnie rozumiany jako zmniejszanie czegoś, ale jego esencją jest coś wręcz przeciwnego – mnożenie tego, co najważniejsze. Cały proces pozbywania się to tylko pewne zadanie, które trzeba wykonać a nie sedno tego fascynującego sposobu życia.

Może więc warto, żebyś od dziś, częściej myślał o tym, co chcesz zostawić, a nie o tym, co chcesz wywalić. Szybko przekonasz się, o ile łatwiejszy będzie ten proces i o ile lepiej będziesz się czuł w jego trakcie.

Energii nie da się oszukać – jeżeli skupiasz się na tym, co chcesz mieć, będziesz to aktywował w swoim polu. Jeżeli będziesz skupiał się na tym, czego chcesz się pozbyć, to właśnie to będzie aktywne – bez względu na to ile rzeczy wyrzucisz.

Dobrostan

Może słowo minimalizm stało się mylące przez komercyjny pęd i te wszystkie instagramowe popisy? Może lepiej zamiast „minimalizm” mówić „esencjonalizm”?

Jakkolwiek zechcesz nazywać tę filozofię, pamiętaj, że nie chodzi w niej o ilość czegokolwiek ale o dobrostan. Dla jednych dobrostanem będzie para szpilek a dla kogoś innego cztery par nart. Właściwe pytanie brzmi więc: czym dla Ciebie jest dobrostan i kim dla Ciebie jest minimalista? Dla mnie to ktoś, kto ma po prostu mało miejsca na wszystko inne poza dobrostanem.