Zostało mi pięć godzin, by podjąć decyzję, która może zmienić moje życie, a gdzie ja teraz jestem? Wysiadam z autobusu na jakimś zadupiu, daleko za Warszawą, mając przed sobą perspektywę jeszcze półgodzinnego marszu. Wszystko po to, by odebrać elegancką czarną suknię szytą specjalnie na ten wieczór. 

„Marta, następnym razem znajdź krawcową bliżej domu” myślę z ironią i ruszam przed siebie. 

Od wczoraj mam ściśnięty żołądek i nie mogę skupić się na niczym innym poza usilną próbą odpowiedzenia sobie na pytanie: „co powinnam zrobić?” Zaryzykować i powiedzieć „tak”, czy spasować z uwagi na swoje rozliczne wątpliwości?

Nie miałabym tych dylematów, gdyby chodziło o coś małego, ale w tym przypadku stawka jest naprawdę wysoka. Muszę wybrać mądrze, bo ta decyzja wpłynie na wszystko, co będzie potem. 

Na domiar złego całość rozegra się w atmosferze wyjątkowej pompy, czyli będzie „ąę”, garnitury i jakieś kilkaset osób dookoła. 

To dlatego wychodząc dziś rano z domu, wzniosłam oczy ku niebu i powiedziałam: „daj mi jakiś znak”. Rzadko to robię, ale tym razem jestem naprawdę w potrzebie. W prawdzie nie mam pojęcia, jaki znak miałabym dostać tutaj, na pustej szosie wiodącej przez las. Gdyby nie dachy domów przebijające się gdzieniegdzie przez gęstwiny drzew, czułabym się jak czerwony kapturek. 

Jedyna rozsądna rzecz, która przychodzi mi do głowy to to, żeby choć trochę się uspokoić. „Potraktujmy ten przymusowy spacer jak Walking Meditation” mówię do siebie. Chyba tylko tak mogę sobie w tej chwili pomóc.

Zwalniam więc kroku na tyle, że mogłabym niczym cesarzowa Austrii przechadzć się właśnie po ogrodach Schonbrunn. Choć w płaszczu, który poszerza mi dupę i schodzonych na maksa butach daleko mi do arystokratki, wrzucenie na luz naprawdę działa. 

Już po kilkunastu metrach zaczynam czuć się inaczej. Wraca spokój, opanowanie i trzeźwość umysłu. „Jak cudownie być znów w swojej energii” przebiega mi przez głowę i nagle dociera do mnie, że wszystko to straciłam właśnie przez ową arcyważną życiową szansę, co do której muszę się dziś określić. Nagle widzę jak na dłoni, że choć to naprawdę niezwykła możliwość, to jednak totalnie wytrąca mnie z mojego naturalnego pełnego harmonii rytmu. 

W tym momencie mija mnie czarne BMW, które hamuje dość gwałtownie i zatrzymuje się na poboczu przede mną. 

Rozglądam się dookoła. Ani jednej żywej duszy. Cała jestem już postawiona w stan nadzwyczajnej gotowości, ale nie daję nic po sobie poznać. Nadal kroczę niczym cesarzowa w swych ogrodach, a przynajmniej jak kobieta, na której nie robi wrażenia gangsterskie auto, które zajeżdża jej drogę na pustkowiu. 

„Czyżbym miała u kogoś długi?… A może uraziłam kogoś ważnego swoimi tekstami?…” zastanawiam się naprędce. 

Z samochodu wysiada mężczyzna. Ścięty na jeża, szpakowaty i przystojny. Pewnym krokiem podchodzi do mnie i pyta: „przepraszam, jak stąd dojadę do Pałacu Kultury?” 

W głębi duszy oddychamy z ulgą. A więc to nie napad ani porwanie. 

Wytrącona z mojego medytacyjnego rytmu zaczynam chaotycznie tłumaczyć mu trasę. Dopiero po dwóch minutach dociera do mnie, że facet wcale się nie zgubił, tylko najzwyczajniej w świecie mnie podrywa. Jest miłym i dowcipnym przedsiębiorcą z Warszawy, który z całych sił przekonuje mnie, że pójście z nim na kawę to doskonały pomysł. 

Jestem rozbawiona i połechtana jego staraniami, ale mimo to odmawiam. Nie w głowie mi randki. Ja tu mam do rozwiązania wielką życiową zagwozdkę. 

Po kolejnych kilku minutach mężczyzna się poddaje. Żegnamy się uprzejmie po czym wsiada z powrotem do swojego BMW. Nie odjeżdża jednak daleko. Nim zdąży zniknąć mi z oczu, zawraca i zatrzymuje się ponownie, tym razem tuż obok mnie. 

„Przepraszam, że nie daję ci spokoju, ale poczułem, że koniecznie muszę ci coś powiedzieć” tłumaczy, wychylając się przez otwartą szybę. 

Patrzę na niego z wyczekiwaniem. 

„Wiesz czemu cię zaczepiłem, nie mając nawet pojęcia, jak wyglądasz?”

Fakt, że przez moment, przeszło mi to przez myśl to pytanie. 

„Widziałem cię z daleka. Poruszałaś się w tak niezwykły sposób, z tak wyjątkową energią, że za wszelką cenę zapragnąłem cię poznać. Nie wiem czemu, ale musiałem ci to teraz powiedzieć.” dodaje. 

Stoję jak wryta, gdy on żegna się raz jeszcze i rusza przed siebie. 

Nagle wszystko jest dla mnie jasne. To jest ten znak, o który prosiłam dziś rano. Na pustej drodze, gdzieś na zadupiu zjawia się atrakcyjny mężczyzna tylko po to, by powiedzieć, że to właśnie wtedy gdy jestem w swojej energii, jestem też w całej jej niezwykłość. W jednej sekundzie wiem już, jaką decyzję mam podjąć wieczorem. 

Ale czy jest to opowieść o tym, że jestem zajebista, bo bardzo wolno chodzę? Zdecydowanie nie. Czy to opowieść o tym, że Wszechświat daje nam niepodważalne znaki? Tylko po części. Dla mnie to historia o byciu w zgodzie ze swoim własnym rytmem. 

Każdy go ma. Dla jednych szybszy dla innych wolniejszy – rytm życia, w którym jesteśmy naprawdę połączeni z sobą. To taka wyjątkowa częstotliwość mająca źródło gdzieś w naszym sercu. Mówię o niej, że to częstotliwość „prawdziwej mnie”. 

To właśnie na tej częstotliwości mogę odbierać wszystko to, czego naprawdę pragnę. To właśnie na tej częstotliwości „nadawana jest audycja”, przeznaczona specjalnie dla mnie. Audycja, która zawiera dokładnie to, co jest w zgodzie ze mną. To właśnie, gdy jestem w tym rytmie, jestem też w poczuciu harmonii i spokoju. 

Działa to także w drugą stronę. Za każdym razem, gdy NIE jestem w harmonii i spokoju, lub gdy czuję się nieszczęśliwa, wiem, że nie jestem w swoim rytmie. Najczęściej gdzieś pędzę – w myślach lub fizycznie. Dziewięćdziesiąt procent moich smutków i trosk jestem więc w stanie zniwelować w ciągu kilku minut przez samo tylko radykalne zwolnienie tempa. 

Bez względu na to, co podpowiada logiczny umysł, vajby nigdy nie kłamią. I choć czasem wszyscy dookoła mówią, że coś będzie dla nas lepsze lub gorsze, choć czasem sami uporczywie przeliczamy w głowie wszelkie zyski i straty, nasze serce zawsze zna odpowiedź. Gdy coś nie budzi w nas spokoju i harmonii, nie ma co liczyć, że wzbudzi go potem. Nie ma też co liczy na to, że nie będąc w stanie spokoju i harmonii, wykreujemy cokolwiek, co nam je przyniesie.